---------

         Mistrz, indagowany wielokrotnie o interpretację tak ważkich dla współczesności pojęć, jak: pieniądze, polityka, i władza, opowiedział razu pewnego następującą historyjkę (zastrzegł się przy tym, że tę problematykę można zilustrować także i innymi, zapewne nawet bardziej dowcipnymi, przypowieściami, i że ta, którą właśnie tu nam opowiada, jest tylko jedną z wielu, bardzo wielu, możliwych do wymyślenia na ten temat, przez każdego innego: wnikliwego obserwatora, lub pomysłowego dydaktyka):

 

         Dawno, dawno temu, żyło sobie plemię Umba Umba.

         Umbowianie cieszyli się naturalnym sposobem życia, polegającym na braku zakazów i nakazów: mieli dość czasu i na sen i na ulubione przyjemności, dbając przede wszystkim - w zgodzie ze swoim zdrowym rozsądkiem, i z fizjologią - o swoje dobre samopoczucie, i o rozwijanie swoich talentów, a następnie, i przy okazji, także o swoje domostwo, o rodzinę, i o sąsiadów.

         Umbowianie nie posiadali więc nadmiernych zapasów niczego, i nie gromadzili rzeczy bezużytecznych:

         Jeśli któryś z nich czegoś potrzebował, czego nie mógł - z braku umiejętności, lub z braku dostępu - samemu przeżyć, zdobyć, lub wytworzyć, to po prostu prosił innego Umbowiana o to, aby ten, stosownie do swoich możliwości (talentu, wiedzy, zapasów lub autorytetu, etc.), obdarował potrzebującego owym deficytowym, pożądanym aktualnie dobrem.

         Jeśli proszący był lubiany, to owe coś od proszonego dostawał.

         Jeśli nie, to nie dostawał...

         Lubianym, którzy stanowili zdecydowaną większość, żyło się więc wyraźnie lepiej, niż grupce nielubianych, zaś owi nielubiani byli - w także naturalny zresztą sposób - silnie eliminowani ze społeczności Umbowian (nielubiani mieli trudności w znalezieniu partnera, rodziło ich się mniej, gorzej się odżywiali i gorzej mieszkali, w chorobie i niedostatku byli osamotnieni, co - w sprzężeniu - powodowało narastanie u nich kolejnych trudności życiowych, itd., itd.).

         Jest rzeczą jasną to, że ten naturalny stan rzeczy, korzystny dla lubiącej się większości, nie podobał się - i to bardzo - jedynie samym nielubianym, jako że dla nich, nielicznych, był ten stan stanem nie tyle tylko przykrym, ale i nader groźnym: prowadził przecież, w praktyce, do ich całkowitej (fizycznej) eksterminacji...

         Nie było więc niczego dziwnego w tym, że najinteligentniejsi z nielubianych postanowili - w trosce o własną skórę - zmienić sytuację, w której się znaleźli, z niekorzystnej - na korzystną.

         I, co ciekawe, udało im się to całkowicie.

        

         Jak do tego doszło?

         Otóż, nielubiani namówili Umbowian - wpierw jednego, potem kilku, a następnie wszystkich - do podjęcia nienaturalnych wysiłków, wiodących albo do zgromadzenia nadmiernych zapasów, albo do nadmiernego wyspecjalizowania się.

         Tak było np. z Urumbą (słynącym z wyrobu narzędzi), który - za namową nielubianego Bumbla - zrobił dodatkowo siekierę, choć nikt ze znajomych Urumby o tę extra siekierę wcześniej jeszcze Urumby nie poprosił...

         Podobnie udało im się z Ulmem (mistrzem bajania, i gry na fujarce), który - za namową innego nielubianego, Brolla - nauczył się grać także i na tamburinie, a nawet: śpiewać falsetem, choć nikt go o ten nowy repertuar - jak dotąd - w ogóle nie poprosił...

         Namówiono też i Ulupa (rolnika, znawcę upraw), do obsiania zbożem jeszcze i tej małej łączki, leżącej odłogiem tuż za jego stodołą; skutkiem czego, w komorze Ulupa, pojawił się niebawem pękaty wór nikomu niepotrzebnego owsa...

         I tak dalej, i tak dalej.

         Nielubiani, systematycznie działając pochlebstwami ("Ach, jak pięknie opowiadasz i grasz; ale, możesz być podziwiany jeszcze bardziej - spróbuj więc czegoś nowego, np. śpiewu, lub bębenka z dzwoneczkami!...") i zagrożeniami ("Powinieneś mieć o  jedną siekierę więcej! Co by było, gdyby Ci się ta stara zawieruszyła, a tu mróz ściśnie znienacka? Czym porąbiesz drewno na opał?...),

 

         doprowadzili w końcu do tego, że każdy z Umbowian niekorzystnie zadysponował częścią swojej mocy życiowej, wskutek czego każdy z nich:

         1) miał czegoś tam trochę w nadmiarze, choć tego aktualnie wcale nie potrzebował,

         2) równocześnie odczuwając dotkliwy niedobór czegoś zupełnie innego, czego zdobycia lekkomyślnie kiedyś tam samemu nieodwracalnie zaniedbał (właśnie zdobywając wówczas inne, zgoła - jak się potem w praktyce życiowej okazało - niepotrzebne rzeczy lub umiejętności),

         Tak więc, za sprawą podstępu nielubianych, zdezorientowani Umbowianie znaleźli się nagle, na stałe, w nowej, trudnej, i całkowicie nienaturalnej sytuacji, powielanej po dziś dzień, wciąż na nowo, w każdej - niestety - ziemskiej współczesności:

  1. A) oto bowiem posiedli już wiele towarów, tj. bezużytecznych rzeczy i umiejętności, których by się chętnie pozbyli, w zamian za inne, potrzebne im akurat dobra różnego rodzaju (ale - jak na złość - posiadane, też w charakterze towaru, przez innych);
  1. B) jeszcze jednak nie znali - bo i skąd? - metodologii efektywnego postępowania z tymi kłopotliwymi nadwyżkami, owocami własnej nadgorliwości (aby nie rzec - głupoty...).

         Sytuacja ta jest dlatego nienaturalna (niemająca odpowiednika w naturze), ponieważ Umbowianie pracowicie zdobywają w niej różne rzeczy tylko po to, aby się ich zaraz potem, po zdobyciu, równie pracowicie - pozbyć, lub pozbywać (przypomina to karę, polegającą na ciągłym wykopywaniu i zasypywaniu, nikomu niepotrzebnych, bezużytecznych dołów...).

         Istotą tej nowej sytuacji jest powszechna potrzeba dokonywania wymiany ekwiwalentnej - towaru własnego na ściśle określone towary cudze:

         Każdy w niej dąży bowiem nie tyle tylko do pozbycia się w ogóle nadmiaru własnych bezużytecznych rzeczy, ile do równoczesnego otrzymywania w zamian rzeczy zupełnie innych, ale użytecznych, a więc tylko takich, które są - temu pierwszemu - po prostu niezbędne do życia.

         Niestety, Umbowianie nie mieli narzędzia (systemu), które by im umożliwiało łatwe dokonywanie coraz bardziej koniecznych, równoczesnych, powszechnych przekształceń:

         - pożądanego cudzego, we własne;

         - a niepotrzebnego własnego, w cudze.

         Innymi słowy, nie mieli narzędzia wymiany.

         Wtedy wybiła godzina nielubianych.

         Nielubiani, którzy dotąd ledwie egzystowali na marginesie Umbowian, świetnie orientowali się w opisanej tu sytuacji, bowiem sami do niej wszystkich (lubiących się) doprowadzili.

         A ponieważ uprzednio, z nudów - szwendając się po różnych, często bardzo odległych, egzotycznych terytoriach, nagromadzili - jak sroki - sporo bezużytecznych błyskotek, w tym mnóstwo wypłukanego ze strumieni złotego piasku, i wiele kolorowych kamyczków, to postanowili TERAZ wymienić te swoje całkowicie bezużyteczne zasoby na jakże im - wciąż na nowo - potrzebne rzeczy: na odzież, narzędzia, lekarstwa, żywność, i na inne, niedostępne im dotąd, zachcianki i przyjemności.

         Zamiar, powzięty przez nielubianych, zdawał się zrazu czymś niewykonalnym:

         Któż bowiem, będąc przy zdrowych zmysłach, odda np. worek zboża, lub nawet całego cielaka, za garstkę złotego proszku, lub za zielony kamyczek?

         Po cóż komu ten złoty piasek? Na co się przyda kolorowe szkiełko? Czy da się je zjeść w chwili głodu? Czy uleczy kogoś z choroby? Czy można nim załatać dziurę w dachu? Czy można się nimi obronić przed rozwścieczonym niedźwiedziem?...

         Nielubiani zdawali sobie sprawę z tej trudności, i po prostu z niemożliwości bezpośredniego wymieniania ich błyskotek na wszelkie inne, niezbędne im do życia produkty.

         Nie mogąc przeskoczyć płotu, postanowili go obejść.

         Marsz nielubianych, omijających przeszkodę, mógł wyglądać następująco:

Urumba ma siekierę, ale potrzebuje owsa.

Ulup ma owies, ale rozgląda się za cielakiem.

Umbul ma cielaka, ale nie ma garnka.

I tak dalej, i tak dalej...

Urumbie powiedzieli, że znają takiego, który odda owies, ale - za garstkę złotego piasku.

Urumba nie uwierzył, więc - by go przekonać - pożyczyli mu po prostu tę garstkę, i kazali poczekać.

Ulupowi powiedzieli, że znają takiego, który odda cielaka, ale... za garstkę złotego piasku.

Ulup uwierzył, i się zafrasował: Skąd bowiem miałby wziąć ową garstkę złota?

Wtedy mu powiedzieli, że te złoto może - ale za worek owsa! - zaraz dostać od niejakiego Urumby.

Ulup pobiegł do Urumby, i rzeczywiście: od zdumionego Urumby dostał potrzebną mu garstkę złota, pozbywając się - z ulgą - ciężkiego worka z niepotrzebnym owsem.

Czy już wiecie, kogo - po powrocie od Urumby - zastał Ulup na progu swego domostwa?

Czekał nań - rzecz jasna, Umbul... Właśnie przyprowadził on bowiem Ulupowi cielaka, w nadziei na otrzymanie garstki złotego proszku (powiedziano mu bowiem wcześniej, że niejaki Untal ma garnki, ale oddaje je tylko za małe garsteczki złotego proszku...).

I tak dalej, i tak dalej...

Kiedy po paru miesiącach, w czasie których Urumba kilka razy już posłużył się złotem (zrobił wiele nowych siekier, wymieniając je wpierw na złoto, a potem - wymieniając złoto na inne, potrzebne mu rzeczy: miód, sukno, i buty) - w domu Urumby ponownie pojawili się nielubiani, to w zachowaniu Urumby nawet śladu nie było po dawnej do nich nieufności!

Wręcz przeciwnie - pojawiła się służalczość:

Zostali przyjęci z honorami, a Urumba sam ich zapytał o złoto, oferując za woreczek kruszcu już nie jedną, ale aż trzy siekiery: miał ich sporo, postanowił bowiem - jak i inni Umbowianie - porzucić trudną samowystarczalność, na rzecz łatwych - za sprawą złota - pożytków ze specjalizacji.

I tak dalej, i tak dalej...

Puszczone w ruch przez garstkę nielubionych, złote koło kręci się do teraz, a pozorny blask jego wirującej tarczy oślepia wciąż ludzi, kryjąc przed nimi inny, prawdziwy świat, i inne, prawdziwe problemy: doczesne i wieczne.

Reasumując:

         Tak oto powstały pieniądze, czyli wypożyczane od Nielubianych unikalne narzędzia, pozwalające na pozornie bezpieczne, i łatwe, zastępowanie uciążliwości własnej pracy efektami dobrowolnej pracy cudzej (tj. na zastępowanie własnego wysiłku - dobrowolnym wysiłkiem innych ludzi).

Tak właśnie narodziła się potęga Nielubianych, mogących od tamtego czasu, po dziś dzień - zupełnie bez wysiłku, ZA DARMO, mocą monopolu na kreowanie pieniędzy (tj. np. na wydobywanie złota, lub na druk banknotów...) - zaspokajać wszelkie swe zachcianki, i otrzymywać od każdego wszelkie towary, a w praktyce: wszystko to, co im akurat było, i jest, do życia, i do ekspansji, potrzebne!

Tak też wyglądały początki trwającego po dziś dzień niewolnictwa, czyli początki podziału ludzi na rządzących i rządzonych, oraz początki gospodarki towarowo-pieniężnej.

Innymi słowy, tak właśnie się zrodziła dobrze nam znana współczesność, wraz z polityką - procederem dezorientowania ludzi, i władzą - podstępnie zagarniętą (przez mniejszość) cudzą mocą życiową (większości).

Nie rozumiejąc początków i istoty współczesności, nie rozumie się też i własnego życia, w tę współczesność całkowicie wplecionego.

A nie rozumiejąc życia, nie można nim szczęśliwie, tj. dla własnego dobra, skutecznie pokierować.

------------------

Dlatego Mistrz zezwolił na publikację tej prostej opowiastki, licząc na to, że - być może -pozwoli ona paru osobom na szybsze uporanie się przez nie z ich licznymi zapewne rozterkami: życiowymi, światopoglądowymi, i moralnymi.

Bowiem To, i tylko to (rozpraszanie wątpliwości), jest jedyną intencją Mistrza, przy wszelkich Jego wypowiedziach, skierowanych do PT Poszukujących.

Kontakt

Gabinet w Poznaniu

terminy ustalane indywidualnie

preferowane – w poniedziałki, w godzinach 13 – 18

+48 602 778 367

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

NIP: 8951005320

Adres

SYSTEM Jacek Adamus

Radęcin 36A

66-520 Dobiegniew

Woj. lubuskie

Lokalizacja gabinetu

Dime Office Sp. z o.o.

Usługi dla biznesu, Poznań, Polska

Głogowska 31/33, 60-702 Poznań